Link 25.04.2011 :: 01:41 Komentuj (0)
Moja uwagę przykuło jednak cos innego: wielkie dżajo, które Remus bezskutecznie starał się schować za plecami. - Uważaj, bo je zbijesz - mrknął Syriusz przez zęby, starając się nie poruszać ustami. Kiedy siłowałam się z wąsami, mój kuzyn wepchnął je sobie pod kurtkę, myśląc, że nie widzę. Kiedy spojrzałam na niego badawczo, obruszył się. - No co, w ciąży jestem! - Zrobił obrażoną minę. - Nie widziałaś chłopaka w ciąży, że tak się gapisz?

- Nie, no skąd, codziennie mijam ze dwudziestu - westchnęłam. - Co robicie w środku nocy z tym wielkim jajem?

- Hodujemy strusia. A teraz może już idźmy do zamku, bo zimno, okej? - James się zniecierpliwił. - Andie, nie wiem, czy się zmieścisz, ale właź pod pelerynę. Jeszcze tego brakuje, żeby ktoś cię przyuważył.

Spojrzałam nieufnie na pelerynę, spod której wystawała już tylko głowa Jamesa. - No dobrze - westchnęłam.


Drzwi otwarły się ciężko. Wcale nie było łatwo do nich dojść - a to komuś nogę było widać, a to Remus się potknął i prawie upuścił jajo. Dość duże jak na strusie, prawdę mówiąc.

Kenyaaa, oh, Kenyaa...

- A teraz jesteście cicho, bo Filch na pewno robi obchód - mruknął Remus. Szliśmy bardzo ostrożnie, kiedy nagle rozległ się brzdęk. - &*^#@% - zaklął James bardzo brzydko Cenzura to wycięła. - Peter, ty %^$@# znowu wpadłeś na zbroję? - Z korytarza po lewej rozległ się odgłos kroków. - Taak, moja śliczna, ktoś tu łazi nocą... - I maluje garnki pasta... to był Filch! Nie mieliśmy nawet czasu, żeby się z powrotem schować pod pelerynę.

- Dobra, plan jest taki - powiedział James - opuszczamy to miejsce w zorganizowanym pośpiechu!

- To znaczy my uciekamy, a on nas goni...? - upewnił się Peter.
- Mniej więcej - westchnął okularnik. Nie było teraz czasu na spekulacje dotyczące inteligencji i subtelności towarzyszy. - Choduu!

Czym prędzej wbiegliśmy do góry, przeskakując po dwa stopnie. - Syriuszu, nieś jajo! - Remus podał mu je szybko - mówiłeś, że lubisz. - I rzucił się za drzwi.

Myślicie, że nas widział? - Spytałam niepewnie.

- Pół na pół - Telefon do przyjaciela! westchnął James opierając ręce na kolanach i dysząc ciężko głupi Trollu, byłbyś łaskaw nie wchodzić mi co chwile w słowo? Kenyaa, Kenyaa, Kenya, Kenyaaa-aaa... Okej

- Wiecie co? Teraz się połóżmy, a pogadamy jutro. Tam będzie bezpieczniej. - Zadecydował Remus. - Dobranoc.



No i nie wiem, czy oni już śpią, ale ja leżę z głowa pod kołdrą i piszę, przyświecając sobie różdżką. Ale chce mi się już spać, dochodzi piąta.
Ja żyję, ja żyję! Tak, to może dziwnie brzmi, ale po szlabanie u Filcha jest prawdziwym powodem do radości! Niestety, zdążył nas zobaczyć - wszyscy musieliśmy przez tydzień szorować "dzieła sztuki" - czyli odkurzać obrazy, polerować zbroje i czyścić rzeźby. Co prawda szlaban mieli dostać tylko chłopcy - to oni mają etykietkę Naczelnych Hogwartskich Rozbójników, ale gdybym udawała, że mnie z nimi nie było (w końcu nikt mnie nawet nie podejrzewał), to byłoby nie fair.

Przez szlaban ledwo co sobie poradziłam z tym głupim referatem, ale jakoś poszło. A dziś rano wybraliśmy się na narty! Jupi! Co prawda tylko na błonia, ale zawsze coś.

Rano oczywiście zaczęło się od przekopywania kufra. - Nie widział ktoś mojego kombinezonu? - Mruknęła Andie (tak, to ja), będąc do połowy pogrążona w otchłaniach kufra. - Nie ma, nie ma, nie ma... - Narzekałam, wyrzucając kolejne części garderoby, książki, słodycze i śledzie od namiotu na podłogę (eee, co one tam robiły?!)

- Ann... - Vera popukała mnie w ramię. - Ann! - Dodała natarczywiej, bo na jej głowie wylądowała para zielona koszulka nocna. Odwróciłam się. - Tak?

- Czy to tego szukasz? - Vera zamajtała mi przed nosem moim kombinezonem. - Taaaak! - Ucieszyłam się. - Skąd go masz?!

- Z szafy... - Westchnęła Vera. W pokojach mamy po jednej szafie, aby móc tam powiesić ubrania o większej objętości oraz te, które mogłyby się pognieść w kufrach. Są baaardzo stare (a przynajmniej ta w naszym pokoju i w pokoju mojego kuzyna) i najpewniej niedługo się rozpadną. Ciekawe, czy wstawią nowe?

No tak. Czyli miałam już kombinezon, teraz trzeba było zastanowić się, gdzie są moje buty narciarskie...

- Cześć! - do pokoju wparował Syriusz, który najwidoczniej kompletnie "olał" ostatnią groźbę Lilly. - Jesteście już gotowe? Ooo, jeszcze nie... - Dodał, patrząc na Verę w bieliźnie. - To ja poczekam...

Z jego "czekania" niewiele wyszło, gdyż otworzyły się drzwi, a w nich stanęła Lilian, zła jak osa. - Mówiłam panu, panie Black, żeby pan sobie nie pozwalał. - Pogroziła mu palcem.

- Ooo, i co mi zrobisz, Ruda? - Syriusz zrobił kpiącą minę. - Ja nic... Ale McGonagall właśnie robi obchód! - Lilly uśmiechnęła się słodko, odwróciła na pięcie i pognała na dół.

Na potwierdzenie jej ostatnich, złowieszczych słów na schodach rozległy się kroki. Syriusz, w odruchu paniki wskoczył do szafy (nawyk jakiś, czy co?) - Witam, panienki... - McGonagall spojżała na nas zza okularów. - Jeszcze nie gotowe? To, że dziś zamiast do Hogsmeade idziemy na narty nie znaczy, że komukolwiek wolno się spóźnić na śniadanie. - Zakończyła dobitnie, po czym ruszyła do drzwi i zeszła po schodach.

Wtedy właśnie z szafy wyszedł Syriusz... ubrany w sukienkę Very. Aooohhiihiihooohuu! Tak, cześć Tom. - Oooch, jestem profesor McGonagall! - powiedział cienkim głosikiem i zamrugał rzęsami - jestem wstrętna i zła i macie się ma bać, grahahahahah! - Dodał po chwili złowieszczym głosem. - a to, że dziś zamiast do Hogsmeade idziemy na narty nie znaczy, że komukolwiek wolno się spóźnić na śniadanie - wykrzywił się, przedrzeźniając psorkę po czym przeszedł przez pokój kręcąc biodrami. Był niewypowiedzianie zabawny i gdyby nie to, że paraliżował mnie paniczny strach na pewno buchnęłabym śmiechem. Strach.

- Co jest, Andie? - Syriusz zaśmiał się. Nieznacznym ruchem brody dałam mu do zrozumienia, by się odwrócił. Zrobił to powoli i... - Oo...ooo... Dź...Dziędobry Pani Psor... - wyjąkał.

Wyglądało na to, że czynność schodzenia po schodach nie została przez nią ukończona, a następnie zastąpiono ją czynnością wprost proporcjonalną, to jest: wchodzeniem... - Syriusz Black. - Powiedziała unosząc brwi. - Widzę, że lubisz nie tylko damskie towarzystwo, ale i damskie ciuszki. - Syriusz aż się skulił pod jej lodowatym spojrzeniem. - W takim razie zejdziesz teraz na śniadanie i zaprezentujesz wszystkim, jakim jesteś świetnym aktorem. Niech wszyscy się pośmieją. Za mną, proszę - wskazała na drzwi. Kuzyn rzucił mi ostatnie, żałosne spojrzenie i ruszył w dół za McGonagall. W pokoju zaległa cisza, po chwili przerwana przez Verę.

- Szlag, a ja akurat tę sukienkę chciałam dziś ubrać...


Myślałam, że uczniowie (zwłaszcza Ślizgoni) zabiją Syriusza śmiechem. Mój biedny kuzyn stał w sukience na środku sali, a McGonagall z wielkim wzburzeniem referowała całą sytuację Dumbledore'owi. Miałam wrażenie, że dyrektorowi bliżej do śmiechu niż do gniewu - próbował zmusić swoje usta do ułożenia się w coś na kształt srogiego wyrazu, ale nieznośne kąciki ust wciąż unosiły mu się w uśmiechu. - Taak, taaak... - Mruknął, po czym wstał. - Cisza, cisza. - Uspokoił uczniów. Wszystkie jego wypowiedzi są absolutnie bezwykrzyknikowe, ale wszyscy słuchają go bez szemrania. - Jaką karę przewidujesz, Albusie, dla tego młodego człowieka? - spytała McGonagall z przejęciem (przysięgam, że zabrzmiało to jak "Jakąż karę przewidujesz, o panie, dla tego bezbożnego heretyka, który swą nieprawością zbezcześcił dobre imię niewiasty?!", a niewiastą miała być zapewne ona sama). - Myślę... - Dumbledore podrapał się w brodę z uśmiechem - Myślę, że on już odbył swoją karę. - Patrząc na Syriusza, który aż kulił się pod kpiącym spojrzeniem wielu par oczu bezsprzecznie przyznawałam mu rację. - Ale... jak to, panie dyrektorze, przecież on... - (Ależ jak to być może, o panie, nie ukarzesz plugawego grzesznika?!) psorka z oburzenia aż przeszła na bardziej oficjalny ton.

- Usiądź, Syriuszu... - Dumbledore wskazał mu miejsce przy stole - zacznijmy już jeść. - Na ławach pojawiły się półmiski i wszyscy - głodni i nieco już zniecierpliwieni - rzucili się na jedzenie.

Mój kuzyn, czerwony ze wstydu podreptał w naszą stronę i, nadal się nie odzywając, usiadł pomiędzy mną a Jamesem. Dziwne. Normalnie nic by sobie nie zrobił z takiej sytuacji, stał na środku i robił głupie miny. Dziwne po raz drugi. Ehhh.


- Wyglądam jak wielki, gruby, turlający się bałwan... - Mruknęła Lilly, którą spotkałyśmy na schodach.

- Nie-eee... - Vera zmierzyła ją wzrokiem - nie turlasz się...

- Lilly fuknęła, zrobiła obrażona minę i podeszła do Mandy i Sandry. - Ta krowa powiedziała, że jestem wielkim, grubym turlającym się bałwanem! - Usłyszałam jeszcze. Vera zachichotała. - Przecież mówiłam, że się nie turla...

Khem khem. Ja przepraszam, że się wtrącam, ale czy mogłabyś opisać okoliczności zaistniałej sytuacji?

Znaczy że... Kiedy to było? Mhm...

Po śniadaniu poszliśmy do swoich dormitoriów (biedny Syriusz wciąż milczący) przebrać się, no i potem już po narty i na błonia. Właśnie schodziłyśmy ze schodów. It's... naked naked aked time!

Dziękuję Ci serdecznie - ja to tłumaczę DLA CIEBIE, a Ty mnie tak jawnie ignorujesz. Naked, I should be? @%#^& Grrhh.

Z nartami na ramieniu ruszyłyśmy w miejsce, gdzie nam się widział dogodny stoczek (i niestety nie tylko nam). Aaa... Ale przecież byłyście dopiero na schodach! Naked, naked, so much fun... DAJ SPOKÓJ, czy to istotne, że poszłyśmy po narty? Pewnie. Bez nart nie można jeździć... Przynajmniej za moich czasów. Ups... Aaaaa! Aaaa! Aaaa! Jesteś chyba jedynym pamiętnikiem na świecie, który nie pozwala swemu właścicielowi na swobodne przelewanie myśli na papier! Dziękuję, bardzo sobie cenię oryginalność [ogląda paznokcie]. Spadaj. Ty nie masz paznokci. Daj mi pisać.

- Ann... Ja tu nie zjadę... - Vera spojrzała na mnie z rezygnacją, wskazując górkę, bo której już kilka osób szusowało.

- Ejj, przecież Ty już jeździsz - mruknęłam. - Poza tym pamiętaj o planie.

- A, tak. - Vera uśmiechnęła się szelmowsko. Siedziała na ziemi sznurując buty. - Jeden, upatrujesz potencjalnego przystojnego chłopaka; dwa, wywalasz mu się pod nogi; trzy, on cię podnosi; cztery - pytasz o jego godność...

- Taaak, zali wżdy, szlachetny rycerzu prawego serca! Komuż mam dziękować na pomocną dłoń, wyciągniętą ku bezbronnej damie w potrzebie! - wzniosłam oczy do nieba, naśladując patetyczny ton. - Taa, a on już dawno pojechał... - Vera uśmiechnęła się. Wstała, otrzepała ze śniegu i zajęła się przywiązywaniem desek. - Pięć, Mówisz swoje imię; sześć - chłopak zarwany! - tym razem zaśmiałyśmy się obie. - Tyy, patrz jakie Lilka ma dechy! - Moja przyjaciółka aż otworzyła szerzej oczy.

- Coś o nich słyszałam. To są takie, co ich przywiązywać nie trzeba, tylko przypinasz takimi klamerkami - pochwaliłam się wiedzą, trzepiąc buty i wkładając w wiązania. - Chodź, jedziemy. - Odepchnęłam się kijkami i ruszyłam w dół zboczem, małymi łuczkami. - Aaa-aaa-aaa! - Nagle coś przemknęła przede mną i wylądowało kawałek niżej. No tak. Przez Lilly Vera zapomniała przypiąć drugą nartę...

- Pomóc ci? - Zgrabnie hamując, podjechał do niej chłopak, znany mi tylko z widzenia. Wiedziałam, że był z szóstego (!) roku...

- Nnie, dzięki... - Wyjąkała Vera, gramoląc się na nogi. Chłopka odjechał. Ja natomiast podjechałam do niej szybko (no, szybko na tyle, na ile umiem jeździć). - Czyś Ty zwariowała?! A nasz plan?!

Vera palnęła się w głowę. - O jaaa, zapomniałam...

Zaczęłyśmy gramolić się z powrotem na górę - ja podchodząc boczkiem, Vera trochę szybciej, z jedną narta na ramieniu. - Ty! - Chwyciła mnie za ramię tak nagle, że bardzo niewiele brakowało, a bym się przewróciła. Zamachałam rękami w powietrzu łapiąc równowagę (a trzeba pamiętać, że trzymałam kijki). - Teraz to Lilly się turla! I to jak popisowo! Patrz! - Spojrzałam we wskazaną stronę. Rzeczywiście. Widocznie cudowne narty Lillian nie uchroniły jej przed upadkiem, po którym przekoziołkowała jeszcze kawałek, lodując w pokaźnej zaspie.

- Ale ej... - Mruknęłam. - Te narty zostały! - W istocie, narty Lilly leżały kawałek wyżej na stoku, tam, gdzie się przewróciła.

- Aaa, ja już rozumiem - Vera pokiwała głowa w zamyśleniu. - To jest takie, że jak się przewrócisz to one się odpinają!

Mało co nie przewróciłam się znowu. - Tyle to i ja widzę.

Cześć dziewczyny! - ktoś klepnął mnie w plecy tak, że tym razem wylądowałam twarzą w śniegu. - Andrew, nie musisz padać przede mną na twarz! - Syriusz. - Nie wiem czy zauważyłeś, ale wciąż jestem do ciebie tyłem - westchnęłam, wbijając kijki mocno w ziemię i próbując się podnieść. - Gdzie reszta?

- Szusują - Syriusz machnął kijkiem w stronę, gdzie mięli się znajdować, o mało nie wybijając mi oka. Musiałam się gwałtownie uchylic, znów lądując na śniegu. Wtedy przemknęła koło nas reszta, w składzie: James + Peter. - Łoooo... - otwarłam oczy z podziwu. - Ale ten Peter jeździ!

- Jak mała piłeczka - zachichotała Vera. - Pęk pęk pęk - naśladowała odgłos podskakującej piłki. W istocie, Peter podskakujący na wybojach przypominał piłeczkę. Ale jeździł świetnie. - James też dobrze sobie radzi... - Vera uniosła brwi, gdyż pod koniec jej słów James właśnie zarył głową w kolejna zaspę. Wystawały tylko czubki nart.

- Taa... - mruknął Syriusz. Miał na sobie granatowy kombinezon - zastanawiałam się, czy nie zanadto obcisły jak na męski. - Vero, jak ty ładnie wyglądasz! - Zwrócił się do mojej przyjaciółki. Jej kombinezon był czarny i stanowczo zbyt obcisły jak na męski. Ale ona nie byłą mężczyzną. Na głowie miała białą opaskę i taki sam szalik. Na głowie. Niee, na szyi. Uch, aleś ty czepialski. Rękawiczki też miała białe. Pięciopalczaste. Moi rodzice byli bardziej konserwatywni. Kombinezon miałam gruby i puchowy ("bo pupa ci zmarznie!"), na dodatek seledynowy i jakieś dziwne wzorki. Sam kolor jeszcze nie był taki zły, pasował mi do włosów. Gorzej z tymi maleńkimi kwiatuszkami. Miałam też czapkę z wielkim pomponem (w ciemniejszym odcieniu zieleni i bez wzorków, chociaż tyle), również ciemnozielony szalik i rękawiczki pięcioletniego dziecka - z jednym palcem. Także ja wyglądałam jak gnom, a Vera - jak nimfa, z powiewającymi przy zjeździe włosami. Pod warunkiem, że nie zaliczyła po drodze żadnej 'gleby'.

W końcu doszliśmy na górę. - Łeee, ja nie chcę, nie mam już siły... - Marudziłam. - Potem trzeba będzie znów podchodzić!

- Andrew, wystarczy, że wyglądasz jak bachor, musisz się tez zachowywać jak bachor? - mój kuzyn spojrzał na mnie przenikliwie. Ooo, to była obraza majestatu! Hhihihihih, nie, to było dobre! Łihihihiho.

- Nie lubię cię! - zrobiłam minę obrażone dziecko (jak być bachorem, to na całego) i pomknęłam w dół. Vera wiązała narty, a Syriusz chyba został z nią. - Andieee, nie obrażaj się! - A jednak nie. Pomknął za mną. - Jestem bachorem i mam prawo! - spojrzałam na niego gniewnie.

- Żartowałem. Okres masz? - Oooo. Tym razem Syriusz oberwał kijkiem przez łeb. I to tak, że az mu spadła ta jego czapka, podobna do wieży Eiffla. Mogłaś mu wykłuć oko! Niee, bo to była ta strona, z której się trzyma. Mój kuzyn chciał mi chyba oddać, ale wtedy właśnie usłyszeliśmy hałas dochodzący z góry.

- Aaaaaaaaa - bum. - Aaaaaaaaaa - bum. To nadjeżdżała Vera. - Aaaaaaa jak się tym steruje? - bum. - Zatrzymajcie to, aaaaaaa - bum. - Aaaaa, szatan wstapił w moje narty! - bum, tuż pod naszymi nogami. - Vero... - zaczął Syriusz z natchnieniem. - Czy pozwolisz, że będę cie uczył jeździć?

- Tam, patrz! - wyciągnęłam rękę przed siebie. - To on!

- Co, gdzie jak? - Vera wynurzyła się ze śniegu. - Aaa, ten mój potencjalny przystojny chłopak? - Syriusz spojrzał na nas podejrzliwie.

- Ale on nie jest przystojny... - Vera zasępiła się nieco. - Daj spokój, dwa z trzech to i tak niezły wynik - poklepałam ja po plecach, z powrotem wbijając w śnieg. Zemsta. Sasasasasasa.

- Ja! - powiedział Syriusz z żałosną miną. Obie obrzuciłyśmy go pytającym spojrzeniem. - Ja jestem przystojny! - Ucieszył się. Rozbroił nas kompletnie.

- Dobrze więc... - Zaczęła Vera z uśmiechem. Już jej się udało wstać. - Mości szlachetny rycerzu... - Zrobiła pauzę - radością dla mnie będzie pobierać nauki od twej zacnej osoby - dokończyła, po czym obie zachichotałyśmy. Syriusz przez chwilę rozważał chyba, czy by się na nas nie obrazić, ale zrezygnował.

- Jeej, super dzięki! - Chciał się rzucić Verze na szyję, ale ta odsunęła się z miną niewiniątka. Tym razem to on wylądował twarzą w zimnym, białym - i cóż tu dużo mówić - już nie puszystym śniegu.

- Ał... - Mruknął, gramoląc się z ziemi. Zamrugał. - Czy wy śmiejecie się ze mnie? - Obie, i ja i Vera, pokładałyśmy się ze śmiechu (nie dokładnie - żadna z nas nie chciała znów leżeć). Nie mogąc wykrztusić słowa, po prostu machnęłam ręką w odpowiednim kierunku. Po chwili Syriusz tez chichotał. Po stoku, zgrabnie wychodząc w zakręty (a przy każdym z nich kręcąc tyłkiem) jechał Lucjusz Malfoy. Jego kombinezon był srebrzysty i obcisły. Bardzo. Nie miał czapki, więc jego włosy - bardzo jasne, sięgające łopatek - powiewały za nim niczym ogon komety. Kawałek dalej jechała Narcyza, zła. Moi rodzice nie tylko mnie ubierali w takie koszmarne ciuchy. Hihihi. - Gwiezdny jeździec! - zaśmiał się Syriusz. - Ale to dobrze, że on tu jest. W końcu odczepią się ode mnie te dziewczyny - dodał konspiracyjnie. Rozejrzałyśmy się z Verą, ale żadnych dziewczyn nie było w pobliżu. Już chciałyśmy się obrazić, sądząc, że chodzi mu o nas, kiedy zza najbliższej zaspy wychynęły trzy twarze. Pstryknął flesz, po czym twarze znowu się schowały. - Fotografują mnie. - Syriusz wzniósł oczy do nieba. - Ale skoro jest Malfoy, to nim się zajmą...

- Oj, nie sądzę. - Pokręciłam głową. Trzy twarze znów wychynęły sponad zaspy, utwierdzając mnie w opinii. - To są te twoje... psychofanki. Te z Sylwestra.


Reszta dnia upłynęła mniej więcej w tym stylu. Syriusz jak widać nie przejmował się już porannym zajściem, Peter zdobył sobie uznanie jako mistrz narciarstwa, a James... no cóż. Większość dnia spędził w zaspach. Jest mistrzem w qudditchu, ale narty może sobie darować. Lilly nie przestała się dąsać. Mandy i Sandra (co ona im nagadała?!) też przestały się odzywać. A Remus, który stwierdził, że nie lubi nart, spędził ten dzień z książką. Ach. No i Syriusz jednak dostał szlaban, więc on sobie dalej poszoruje dzieła sztuki. Jeśli nie coś gorszego. Ktoś jeszcze?

Twoooja miiiiłooość!

Aj tam, miłość. Seva nie było. On podobno nie ma nart.

Ihihihih, no od razu wiedziałaś o kim mowa! One can call me a pervert, one can call mi a fool...

Taa, jesteś i 'pervert' i 'fool'. Ale Remus niedny, bo Vera chyba zaczęła darzyć mojego drogiego kuzyna nieco cieplejszymi uczuciami. Idę, bo z dołu słuchać odgłosy jakiejś awantury. Może być ciekawie.

But it's naked, naked, naked time, all around the school!!!


To jajo... oni postanowili wyhodować smoka. Boje się.


2011
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
2009